Jazda na EURO!!! - relacja z wyjazdu na mecz Polska-Austria

Autobus wypełniony nie tylko najlepszymi sprzedawcami produktów FAKRO ale i najbardziej zagorzałymi kibicami polskiej reprezentacji i trzy dni prawdziwie sportowych emocji!!! 


Z Krakowa nasz wesoły autobus wyjechał we środę, 11 czerwca wczesnym popołudniem. Zanim dojechaliśmy na rogatki królewskiego miasta już wszyscy zdążyli się przedstawić i zadeklarować gorące kibicowanie polskiej drużynie. Szybko okazało się, że jeden z nas to kibic, który potrafi śpiewaniem i okrzykami rozgrzać pół setki ludzi w pół minuty. Nie było to zresztą trudne, bo wszyscy ochoczo podjęliśmy wyzwanie. I w takiej radosnej, pełnej nadziei atmosferze upłynęła nam droga do hotelu w podwiedeńskiej miejscowości.

 
Następnego dnia wyposażeni w gadżety i stroje dostarczone przez organizatorów, ale przede wszystkim pełni nadziei na zwycięstwo ruszyliśmy do Wiednia, by kibicować Polakom w meczu o wszystko. Zanim jednak dotarliśmy pod stadion zapewniliśmy naszym gościom dawkę kultury. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć Wiedeń z góry, dokładnie z góry Kahlenberg położonej 500 m nad poziomem morza, z której w 1683 roku król Polski Jan III Sobieski dowodził zwycięską bitwą z Turkami o Wiedeń. Liczyliśmy na to, że Austriacy nam się za to zwycięstwo odwdzięczą. Daremnie...

Ale o tym za chwilę...

Zanim jednak spadł na nas grad rozczarowań, których przyczyną był między innymi pewien angielski policjant, zaakcentowaliśmy swoją obecność w centrum Wiednia. Na starówce, pod katedrą św. Stefana było naprawdę biało-czerwono. I wcale nie dlatego, że Austriacy mają takie same barwy narodowe. Było aż gęsto od polskich kibiców, którzy – jak się potem okazało – zaprezentowali się o wiele lepiej od piłkarzy. My też byliśmy częścią tego niesamowitego piłkarskiego święta. W międzyczasie malowaliśmy twarze w barwy narodowe i zawieraliśmy bliższe znajomości z kibicami innych drużyn, np z Hiszpanami, którzy w spontaniczności i gotowości do dobrej zabawy chyba nie mają sobie równych!

Po wrażeniach międzykulturowych udaliśmy się na obiad, aby pokrzepieni tradycyjnym wiedeńskim sznyclem ruszyć już prosto na stadion. W planach mieliśmy wprawdzie jeszcze jeden zabytek, ale dusza kibica rwała się, aby zobaczyć przede wszystkim świątynię sportu – Ernst-Happel Stadion, największy obiekt tych mistrzostw zdolny pomieścić ponad 50 tysięcy osób!

 

Niemal na dwie godziny przed rozpoczęciem meczu czekaliśmy już na trybunach na pojawienie się naszych piłkarzy. Atmosfera była niesamowita a stadion naprawdę ogromny. Wszyscy kibice ubrani w barwy narodowe, każdy wyposażony w szalik, flagę i inne, czasem bardzo pomysłowe akcesoria kibica. Wreszcie na murawie pojawili się piłkarze i po uroczystym odśpiewaniu hymnów mecz się rozpoczął. Ponad półtora godziny krzyczeliśmy na całe gardło, klaskaliśmy, machaliśmy szalikami, na wszelkie sposoby dodawaliśmy otuchy naszym piłkarzom i niemal do ostatnich minut byliśmy przekonani, że nasz wysiłek zostanie nagrodzony pierwszym zwycięstwem Polaków na EURO 2008. Jednak niespodziewanie podyktowany rzut karny, którego nie udało się obronić naszemu wspaniałemu bramkarzowi, podciął nam – kibicom skrzydła. Ze stadionu wszyscy polscy kibice wychodzili w minorowych nastrojach. Próbowaliśmy jeszcze analizować sytuację w grupie i obliczać ile my musimy wygrać z Chorwacją a Austria z Niemcami, aby nasza przygoda z Euro nie skończyła się na meczach grupowych. Ta matematyka na nic się jednak zdała. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedzieliśmy.

Wróciliśmy zatem do hotelu, by następnego dnia wyruszyć do kraju. Na szczęście w piątek mieliśmy już lepsze humory i podróż powrotna minęła w bardzo dobrych nastrojach. W Krakowie naprawdę żal było się rozstawać.... Bądź co bądź to była naprawdę niezła Jazda... na EURO! 

Póki co pozostaje nam wierzyć, że już za cztery lata... już za cztery lata.....


Organizatorzy dziękują wszystkim uczestnikom za to, ze zgodnie z prośbą

zabrali ze sobą dobry humor i nieustannie go podczas wyjazdu prezentowali!